Sama się zastanawiam, dlaczego dopiero teraz Was znalazłam... może sama przed sobą bałam się szukać pomocy... może udawałam zbyt silną, sama poradząc sobie ze wszystkim... w każdym bądź razie... WITAJCIE

Oto moja historia...
Jestem 30 letnią mamą 3 letniego "żywego sreberka", córką alkoholika i wnuczką chorego na Alzheimera...
Trochę duży bagaż, ale staram się go dźwigać. Mój dziadek jest "chodzący", ale zupełnie nie ma z nim kontaktu, mowa już jest niezrozumiała, chyba, że w chwili zdenerwowania przeklina to wtedy bardzo wyraźnie

nie kojarzy żadnych faktów, osób z imienia, czegokolwiek. Nosi pampersy, ale sika gdzie popadnie, w nocy zamiast spać wstaje, chodzi lub siedzi na łóżku... za to kupę zrobi bez pardonu w majtki bądź pampersa, nie każe się myć, ubierać, karmić, zero współpracy, a nawet utrudnianie. Wiem, że to choroba, że on nie wie co robi, że nie robi tego celowo, ale czasem mnie to już przerasta

najbardziej dobija mnie ojciec, który nigdy nie żył w zgodzie ze swoim ojcem i teraz pała do niego nienawiścią, w ogóle się nie włącza w opiekę, zresztą popołudniami i tak jest w stanie upojenia i ma wszystko głęboko gdzieś

Moja mama na tyle ile może pomaga, dzielimy się obowiązkami, ale ona też pracuję, zostały jej 2 lata do emerytury i nie może zrezygnować z pracy. Ja póki co jestem na urlopie wychowawczym i niestety muszę zrezygnować z pracy, gdyż dziadek nie pozwala na jakąkolwiek opiekę ze strony obcej osoby. Nawet mojego męża traktuje trochę jak obcego, bo jego choroba zaczęła się przed naszym ślubem i niejako go już nie kojarzy. Do tego mój synek coraz bardziej nie rozumie dlaczego dziadek nie mówi do niego tak, żeby zrozumiał, albo dlaczego bierze i niszczy mu zabawki, widzę, że go to frustruje, a nie potrafi zrozumieć kiedy mówię, że dziadek jest chory. To wszystko sprawia, że praktycznie nie mam swojego życia, kiedy wszyscy są w domu nie mogę wyjść, ponieważ nigdy nie wiadomo co zrobi lub wymyśli dziadek (począwszy od chodzenia z nożami, wydłubywania kontaktów ze ścian po wydłubywaniu dziur w drewnianych oknach). Wieczorami to jestem tak padnięta, że nie w głowie mi wyjścia z koleżankami (których co prawda jest kilka, ale wydaje mi się, że nie bardzo rozumieją moją sytuację i moje zmęczenie, najlepsza przyjaciółka mieszka kawał drogi ode mnie). Mąż pracuje w korporacji i nieraz wraca późnymi wieczorami, a gdy uda mu się wcześniej wyrwać bawi się z synkiem, który bardzo tęskni za wspólnymi zabawami. Wiem, że większość z Was mnie rozumie i może potakujecie teraz głowami, bo wiecie o czym piszę

Fajnie, że mogłam to z siebie wydusić, zwierzyć się komuś...
najbardziej boli mnie fakt, że kocham dziadka z całego serca, a on nieraz tak agresywnie w stosunku do mnie reaguje

A poza tym czuję się niedoceniona, brak mi czasu dla siebie, choćby na głupie pochodzenie po sklepach, takie oderwanie się od tej codzienności....